"Warmia znana i nieznana"

Frączki


Skryte w zieleni FrączkiSkryte w zieleni Frączki

   Dojeżdżając do Frączek, już z daleka widzimy wieżę neogotyckiego kościoła, gdyż wieś usytuowana jest na odkrytym, pagórkowatym terenie. Wieś zachowała stary układ przestrzenny – jest to tzw. ulicówka ze zwartą zabudową po obu stronach drogi. W wielu przypadkach zachowała się też struktura przestrzenna zagród, które składały się przynajmniej z trzech budynków: mieszkalnego, stodoły i budynku inwentarskiego. Stare budynki mieszkalne zbudowane są z czerwonej cegły i kryte dachówką. Większość domów posiada dwa wejścia – główne od strony drogi i drugie od strony podwórza, służące głównie gospodarzom. Budynki gospodarcze murowane są głównie z cegły, w górnej części szalowane drewnem, stodoły niekiedy drewniane. Obecnie wieś zamieszkuje ok. 300 mieszkańców.

Kapliczka przy kościeleKapliczka przy kościele
Kapliczka z 1819 rKapliczka z 1819 r

   Do Frączek można dojechać autobusem z Jezioran i Olsztyna (przystanek autobusowy znajduje się w centrum wsi).

   Frączki posiadają dwa sklepy spożywcze, punkt pocztowy oraz Centrum Kultury i Aktywności, które zajmuje budynek dawnego klubu RUCH (naprzeciw kościoła).

   We Frączkach organizowane są dwie imprezy cykliczne: powiatowy zlot rowerowy organizowany przez Stowarzyszenie „Nasza Wieś” we współpracy z „Kołodromem” (ostatnia niedziela lipca) i Noc Sobótkowa organizowana przez Stowarzyszenie „Nasza Wieś” we współpracy z Gminnym Ośrodkiem Kultury w Dywitach (zawsze 23 czerwca, w wigilię św. Jana o godz 20.00).

   Na granicy z wsią Tuławki znajduje się tor szutrowy (N 53,923852; E 20,585718). Przez Frączki przebiega szlak rowerowy Jeziorany – Lekity – Derc – Frączki – Studzianka – Radostowo – Studnica – Jeziorany.

Kamień graniczny przy drodze Frączki – DercKamień graniczny przy drodze
Frączki – Derc

   Historia wsi sięga XIV w. Przywilej lokacyjny został nadany 14 maja 1358 r. przez biskupa Jana Stryprocka. Pierwszym właścicielem wsi był obdarowany przez biskupa jego krewny – Heinrich Fleming von Wusen. Od jego nazwiska do 1945 r. pochodziła nazwa wsi pisana w dokumentach jako: Flemingswalt, Flemingswald, Flemingswalde, Fleminck, Fleming, Flemming. Obecna nazwa wsi została sztucznie utworzona po 1945 r.

   Główną budowlą Frączek jest neogotycki kościół pw. św. Marii Magdaleny (Msze Św. w każdą niedzielę o 8.00 i 12.00, w dni powszednie o 17.00), wybudowany w II połowie XIX w., a konsekrowany 2 lipca 1873 r. przez biskupa Filipa Krementza. W dniu 21 stycznia 1905 r. we Frączkach utworzono samodzielną parafię.

Pamiątkowy kamień na podmurówce po obeliskuPamiątkowy kamień na
podmurówce po obelisku

   Przed II wojną światową w centrum wsi stał pomnik upamiętniający mieszkańców wsi Frączki i Studzianka poległych podczas I wojny światowej. Po 1945 r. pomnik zniszczono, a na ocalałej podmurówce w 2008 r. umieszczono pamiątkowy kamień z tablicą upamiętniającą 650 lecie nadania wsi praw lokacyjnych (N 53,933624o; E 20,598636o).

   Prawdziwą ozdobą Frączek są 4 kapliczki przydrożne:

  1. Ceglana kapliczka przy kościele z końca XIX w. (N 53,934440o; E 20,599090o).
  2. Kapliczka z 1819 r. przy budynku dawnej szkoły (N 53,931785o; E 20,597959o).
  3. Kapliczka w pobliżu kamienia pamiątkowego (N 53,933556o; E 20,599004o).
  4. Kapliczka przy posesji nr 12 z końca XIX w. (N 53,935380; E 20,599773).

   Wyjeżdżając z Frączek i kierując się do Derca, warto zwrócić uwagę na leżący przy okazałym buku, po prawej stronie drogi, kamień graniczny wsi Fleming (N 53,942546o; E 20,624233o).


Materiały nadesłane



O Frączkach i Studziance opowiada Pan Antoni Mackun

  Historię wsi Frączki i Studzianka, którą opiszę, oparłem na wspomnieniach ich mieszkańców obecnych i tych, którzy wyjechali do Niemiec, jak pan Herbert Dittrich, a także na opowieściach mojego dziadka i jego sąsiada , Warmiaka, który dobrze mówił po polsku oraz na opowiadaniach rodziców, którzy przybyli w te strony w 1946 r, jak również i własnych obserwacjach, ponieważ całe życie związany jestem z tymi wsiami.

  Dużo nieznanych mi zdarzeń opowiedziała Pani Zofia Wesołowska, która do dziś mieszka we Frączkach. Przyjechała ona tu z rodziną w sierpniu 1945 roku. Jako 11 letnie dziecko została wywieziona na przymusowe roboty do Królewca, gdzie pracowała 3 miesiące w kuchni hotelu „Reischof”. Później, aż do wejścia Rosjan, pracowała u gospodarza 1,5 km od Tylży. Po wejściu Rosjan przez Wilno wróciła do swoich stron do wsi Dobry Las w powiecie Kolno (woj. podlaskie). Ja wcześniej mieszałem w Studziance, a obecnie mieszkam we Frączkach. Niestety, większość osób, które mi opowiadały, nie żyje, a co zapamiętałem, chcę utrwalić.

  Umarli wszyscy mieszkańcy z pokolenia moich dziadków, którzy pamiętali okres zaborów, I wojnę światową, czas odzyskania przez Polskę niepodległości, wojnę bolszewicką itd. W przedziale lat od powojennych do końca 70-tych zamknęła się dla mnie pewna epoka, która najsilniej utkwiła w mojej pamięci i z którą najbardziej jestem emocjonalnie związany. Do lat siedemdziesiątych zmieniło się dużo na wsi- rolnicy przechodzili na emeryturę, dużo młodych zatrudniło się poza rolnictwem, nastąpił odpływ ludności do miasta. Warmiacy powyjeżdżali do Niemiec. Zaczęła ginąć dawna kultura, gwary i języki.

I wojna Światowa

  Nie sposób nie wspomnieć o I wojnie - do lat siedemdziesiątych żyli jeszcze jej uczestnicy. Uczestnikiem tej wojny był mój dziadek jako żołnierz armii rosyjskiej oraz sąsiad dziadka, jako żołnierz armii niemieckiej.

  W 1914 roku na teren Prus Wschodnich wkroczyły wojska rosyjskie, zajmując część Warmii, w tym Olsztyn. Do Studzianki i Frączek nie dotarły. Jednak do sąsiednich Radost wpadło na koniach kilku kozaków, którzy zabili dwóch chłopców. Na terenie Warmii i Mazur było szereg walk z wojskami rosyjskimi, np. na Warmii pod Dorotowem i pobliskim Zerbuniem (w różnych opracowaniach podaje się Biesowo). W tych miejscowościach są pogrzebani żołnierze obu stron, którzy polegli. Największą zwycięską bitwę z Rosjanami stoczono, jak mówili Niemcy, pod Tannenbergiem. Wczesną wiosną 1915 roku na front musiał iść mój dziadek. Brał udział w walkach pod Mariampolem (Litwa), gdzie został ranny w udo i przebywał jakiś czas w szpitalu w Piotrogrodzie. Wojska niemieckie poczyniły znaczne postępy i w końcu 1915 front niemiecko – rosyjski na północy przebiegał w znacznej części wzdłuż rzeki Dźwiny. Kiedy w latach 60-tych przyniosłem ze szkoły atlas, dziadek poszedł z nim do sąsiada. Po przyjściu powiedział, że jak stał front nad Dźwiną, to byli z sąsiadem naprzeciwko siebie. Zaznaczyć przy tym chciałem, że sąsiad, jako Warmiak znał język polski, a dziadek, jako Wileńszczak i żołnierz rosyjski też znał język polski. I wojna światowa przyniosła ogromne ofiary w ludności. Na froncie zginęło wielu mieszkańców Frączek i Studzianki, wielu też z nich pochowano na przykościelnym cmentarzu we Frączkach. Część mogił zachowała się do dziś. Po wojnie w parafiach Prus Wschodnich stawiano poległym obeliski. Taki obelisk stał też w środku wsi Frączki. Umieszczona była na nim tablica z nazwiskami poległych w wojnie mieszkańców Frączek i Studzianki. Z każdej z tych miejscowości poległo 21 mieszkańców. Niestety po II wojnie przyjezdni Polacy zmusili mieszkańców Frączek do zburzenia obelisku. Obok obelisku w 1947 postawiono drewniany krzyż ( obecnie nieistniejący). Ci, którzy go stawiali, mieli potem kłopoty z UB. Krzyż poświęcił przybyły z Jezioran ksiądz, który w tym okresie od czasu do czasu odprawiał msze we Frączkach.

II wojna światowa

  Po 1 września 1939 r pojawili się we wsiach jeńcy wojenni, potem przywieziono robotników przymusowych. Pracowali oni w młynie we Frączkach, w cegielni w Studziance oraz w licznych gospodarstwach. Mieszkałem w Studziance w dużym gospodarstwie, w którym była wcześniej gospoda. Tam też byli za Niemca robotnicy, mężczyzna i kobieta. Kiedyś na drzwiach do kurnika, które były wykonane z drewnianego szyldu z gospody odczytałem napis ołówkiem tej treści: Borowik Józef robił u ….(tu  było nazwisko gospodarza) 1942.

  W miarę jak trwała wojna, ze Studzianki i Frączek szli na front mężczyźni i jednocześnie przybywali nowi robotnicy. Powszechnie znany był dobry stosunek miejscowego księdza do jeńców i robotników, którzy przychodzili do kościoła i uczestniczyli w Mszach Świętych, za co spotkała go kara w postaci wysiedlenia do Niemiec.

  Gospodarze i ludność miejscowa dobrze traktowała jeńców i robotników przymusowych- zdarzały się nawet przypadki przynoszenia jedzenia na pole. Były też przypadki niewłaściwego traktowania, np. dawano im gorsze jedzenie. Wojna się przedłużała, a cena robotnika przymusowego rosła, losem jego zaczęły interesować się władze.

  Rysował się widok przegranej wojny, zaczęto przygotowywać się do obrony. Na północ od Studzianki (ok 400 m za wsią) oraz na zachód od Frączek (około 300m za wsią) wykopano okopy – transzeje. Były one wykonane w postaci rowów biegnących zygzakiem. W lesie na granicy Studzianki z Frączkami wybudowano betonową ścianę, którą nazywaliśmy ukryciem, z którego można było doskonale obserwować drogę Frączki - Derc. Ściana tez mogła służyć jako strzelnica. Do obecnej chwili zachowała się tylko część rowów, zlikwidowali je rolnicy, ponieważ przeszkadzały w uprawie ziemi. Betonowa ściana też została zniszczona długo po wojnie podczas wyrębu lasu. Z tych umocnień obronnych wojska niemieckie nie skorzystały.

  Zgodnie z rozkazem władz przed wejściem wojsk rosyjskich należało się ewakuować, były przypadki, że niektórzy nie zdążyli. Część mieszkańców po przejściu frontu wróciła. Razem z mieszkańcami ewakuowali się też robotnicy przymusowi. Były przypadki ucieczki robotników na wieść o zbliżającym się froncie. We Frączkach jedni gospodarze powierzyli pilnowanie domu polskiemu robotnikowi, a sami poszli do kościoła. Po powrocie już go nie zastali. W czasie ucieczki i przemieszczania się ludności spotykało się różne narodowości- oprócz Niemców także robotników z Polski, Rosji, Francji. Robotnicy ci cieszyli się, że wojna się kończy i że wrócą do domu. Tylko dziwnym trafem nie cieszyli się Rosjanie, chociaż ich wojska zajmowały Prusy Wschodnie. Kiedyś napotkaną Rosjankę zapytałem, czemu nie wróciła do swoich. Odpowiedziała, że wiedziała o tym, że takich jak ona wywożą do obozów pracy.

  Ucieczka ludności odbywała się w bardzo trudnych warunkach. Była to zima panowały silne mrozy, których nie wytrzymywali szczególnie ludzie starsi i dzieci. Rodzinie spod Reszla gdy jechali przez Frączki, zmarło dwoje dzieci. Zostały one pogrzebane naprzeciwko szkoły po drugiej stronie drogi. Przed wejściem wojsk rosyjskich przeszli uciekający żołnierze niemieccy, pozostawiając sprzęt wojskowy. We Frączkach przy drodze do Radost pozostawiono czołg niemiecki. Koło stawu, za nieistniejącą już oborą należącą do plebanii (około 100m od plebanii) pozostawiono 3 duże spalone samochody, a tuż za wsią, przy drodze do Derca pojazd pancerny na gąsienicach.. W Studziance za wsią u źródeł rzeczki Kirsny spalili dwa pojazdy gąsienicowe z powodu braku paliwa. W jednym z nich znajdowało się zimowe obuwie. Przybyłym na miejsce mieszkańcom rozdali po jednej parze, tłumacząc, że i tak im to Rosjanie zabiorą. Po wojnie pozostawiony przez Niemców sprzęt po demontażu wywożono na złom. Tak też zrobił mój dziadek. Jednak niektóre części zostały. Wykorzystano je później w gospodarstwie jak np. koła, których obręcze były pokryte grubą warstwą gumy. Dziadek zamontował je do wozu konnego. A pracujący u dziadka parobek z części blaszanych zbudował mały szałas, w którym się chował od deszczu w czasie pasienia krów. Długo jeszcze po wojnie czyszcząc rów- bo tak mówiliśmy na rzeczkę, wykopywałem metalowe resztki, jak np. części gąsienic, a raz wykopałem tabliczkę z czytelnym numerem.

  Pomimo, że na terenie obu wsi nie było walk, jednak na końcu wsi Frączki, w stronę Derca po prawej stronie drogi, tuż za ostatnim gospodarstwem była mogiła (z drewnianym krzyżem) niemieckiego żołnierza - świadczył o tym hełm położony na mogile. W wielu miejscach znajdowano niewypały. Sam z kolegą, bawiąc się na żwirowni, znaleźliśmy bombę lotniczą, którą dorośli potem wrzucili do nieczynnej studni. Był przypadek, że w czasie prac polowych wybuchł pocisk. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

  W czasie czyszczenia rowów, stawów i po ulewnych deszczach długo po wojnie znajdowano różne drobne metalowe rzeczy, najczęściej amunicję, a nawet hełmy. Sąsiedzi moi w niemieckim hełmie karmili psa. Sam ponad rok temu, czyszcząc staw, znalazłem pistolet z czasu II wojny. Przekazałem go na policję.

  Wejście wojsk rosyjskich zimą 1945 r wielu mieszkańców i przebywających w tym czasie w Studziance i Frączkach uciekinierów przypłaciło życiem. Prawdopodobnie od strony gospodarstwa na pograniczu Studzianki i Radostowa strzelano do zbliżającego się wojska rosyjskiego. Wszystkich zabito, pozostał tylko mały chłopiec, który zdołał się ukryć. Wyjechał on później do Niemiec. W pobliżu już nieistniejącego gospodarstwa na terenie Radostowa były 4 mogiły. Pod koniec sierpnia 1945 p. Zofia jechała zameldować się do Radostowa (prawdopodobnie do 1953 r były Frączki w tej gminie) i widziała obok tego gospodarstwa w pobliżu drogi zwłoki pięciu cywilów w zimowych ubraniach. Zwłoki nie były jeszcze pogrzebane od zimy. W innych gospodarstwach też były bezimienne groby, szczególnie na koloniach. Od sąsiada dziadka wiem, jak zginął jeden z mieszkańców. Po wejściu do domu i przeszukaniu, Rosjanie znaleźli w szafie niemiecki mundur. Kazali go nałożyć gospodarzowi. Okazało się, że mundur na niego pasował i za to tylko został rozstrzelany, choć jako kaleka nie był w wojsku, a mundur zostawił uciekinier.

  W rozwidleniu dróg ze Studzianki do Jesionowa i Orzechowa naliczyłem 6 mogił. Spoczywają tam między innymi mężczyźni, którzy życiem przypłacili obronę kobiet wobec niecnych zamiarów Rosjan. W czasie ich wejścia do wsi owi mieszkańcy i uciekinierzy wraz z kobietami znajdowali się w pobliskim budynku szkoły. Dzięki sołtysowi i mieszkańcom wsi na tym miejscu spoczynku postawiono krzyż i posadzono ozdobne krzewy.

  Były w Studziance i we Frączkach przypadki podpaleń. Oto w jakich okolicznościach doszło do spalenia jednego z gospodarstw leżących „w górach” Studzianki (najwyższe wzniesienie leży 202 mnpm). Gospodyni widząc zbliżających się Rosjan uciekła do stodoły, a następnie drugimi drzwiami do pobliskiego lasu. Rosjanie zauważyli, jak uciekała do stodoły. Przeszukali stodołę, ale jej nie znaleźli, podpalili więc budynki gospodarcze. Został tylko dom. Ruiny nie były odbudowane jeszcze pod koniec lat 50-tych. Natomiast we Frączkach wojsko rosyjskie spaliło stodołę należącą do szkoły, która znajdowała się po drugiej stronie szosy, 50m od kapliczki. Oprócz drewna znajdowały się tam różne wojskowe rzeczy, które Rosjanie odkryli. Obok zabudowań należących do szkoły była remiza, która ucierpiała w czasie pożaru. Po obu budynkach pozostały tylko resztki fundamentów. Podpalili też małe zabudowania (dom z oborą pod jednym dachem), należały one do gospodarza, który jako parobek pracował u księdza (wykonując prace polowe oraz przy obsłudze bydła i koni). Prawdopodobnie zemścili się za to, że jakieś znalezione fotografie im się nie spodobały. Zabudowania te znajdowały się naprzeciwko plebanii, po drugiej stronie szosy.

  Trzeba też o tym wiedzieć, że w wielu domach przebywali żołnierze rosyjscy, a ich zachowanie było poprawne. Na przełomie stycznia i lutego 1945r. około dwudziestu żołnierzy wraz ze sprzętem wojskowym, w tym samochód, działa itd. przybyło do gospodarstwa mojego rozmówcy w Studziance na pograniczu z Frączkami. Działa te zostały rozlokowane w znacznej odległości od zabudowań i skierowane były w stronę Radostowa. Strzelający z nich żołnierze spalili najwyżej położone gospodarstwa między Studzianką a Radostowem (jedno w Studziance i co najmniej jedno w Radostowie). Żołnierze Ci przebywali przez okres około dwóch miesięcy. Zajmowali w domu dwa pokoje zaś domownicy jeden pokój. Palili koło zabudowań ognisko. Problemem było zaopatrzenie w żywność, której brakowało. Pewnego dnia żołnierze rosyjscy przywieźli indyki a gospodarze pomogli oskubać je z piór. W zamian dostali do jedzenia głowy i nogi.

Okres bezpośrednio po wojnie

  Teren Prus Wschodnich został wcześniej zdobyty, a wojna z Niemcami trwała jeszcze do maja 1945r. Na zdobytym terytorium wojsko rosyjskie organizowało administrację, rozpoczęły się rządy komendantur wojskowych. Najbliższa komendantura znajdowała się w Radostowie. Do tej właśnie komendantury kazano zgłosić się mieszkańcowi Studzianki, który był właścicielem dużego gospodarstwa oraz gospody. Okoliczności tego zdarzenia były takie: uciekły z chlewa świnie na drogę, w czasie ich zaganiania nadjechało wojsko rosyjskie. Gdy ten gospodarz poszedł do Radostowa zaginął bez wieści. Pozostała żona i dwoje dzieci. Jesienią 1946r. w tym gospodarstwie zamieszkał mój dziadek. Do Rosji wywożono maszyny, sprzęt, z Frączek wywieziono tartak oraz wyposażenie młyna. Prawdopodobnie ze Studzianki część wyposażenia cegielni, jak np. szyny do przewozu gliny na wózkach. Do Rosji również pędzono bydło. Do pędzenia bydła zmuszano młodych chłopców. Byli wśród nich mieszkańcy Frączek i Studzianki. Jednemu z Frączek i ze Studzianki udało się zbiec. Niektórzy zginęli, część wróciła, ale bezpośrednio do Niemiec Wschodnich. Zanim bydło popędzono gromadzono je w dużych gospodarstwach. We Frączkach zgromadzono je w gospodarstwie w środku wsi, po prawej stronie drogi w kierunku Radost oraz w gospodarstwie na pograniczu z Tuławkami. Z tego właśnie gospodarstwa udało się zbiec jednemu z poganiaczy, dzięki czemu przeżył. Bydło to trzeba było doić i karmić do czego zmuszano miejscowe kobiety. Po przejściu frontu słyszano o ukrywających się w lasach różnych podejrzanych grupach ludzi. Gdy pod koniec lat pięćdziesiątych na pograniczu Studzianki i Orzechowa koło lasu rozebrano dom mieszkalny, znaleziono w piwnicach duże ilości materiałów do zadymiania i podpałkę. Gdy p. Zofia w nocy szła w stronę Gradek do rodziny z mieszkańcem Frączek, jesienią 1945 r, zza kapliczki , której już dziś nie ma, wyszedł Niemiec nieoogolony, z brodą. Zapytał ich, kto oni są- czy Niemcy, czy Polacy. Domyślili się oni, że się ukrywa i potrzebuje pomocy. Zaprowadzili go do domu jednego z miejscowych. Tam się ogolił, dali mu jeść i otrzymał ubranie. Jeszcze tej nocy zaprowadzili go do Dobrego Miasta, kazali mu udawać głuchego i niemowę. W Dobrym Mieście oczekiwała na niego żona i na drugi dzień już wyjechali do Niemiec.

  W niektórych domach i budynkach gospodarczych urządzono skrytki dla ludzi i zwierząt. W gospodarstwie gdzie mieszkałem w szczycie stodoły wycięte były równo deski, a za nimi skrytka dla krowy. Było to prawie niezauważalne, ponieważ deski można było równo na nowo przybić. Istną plagą było szabrownictwo, a odczuli je szczególnie mieszkańcy Frączek, leżących bezpośrednio przy szosie. Szabrownicy często przyjeżdżali w zorganizowanych grupach. To zdarzenie opowiadał mieszkaniec Frączek, który jako niewolnik pracował tu w czasie wojny jakiś czas u gospodarza, potem obsługiwał maszynę parową w młynie, a po wojnie powrócił tu i osiedlił się. Idąc przez wieś natknął się na szabrowników, którzy zamierzali odebrać krawcowej maszynę do szycia. Nie pomogły płacz i prośby, nie pomogła też początkowo prośba interweniującego. Dopiero pokazanie dokumentu dla kierującego szabrem, że jest przesiedleńcem, odniosło skutek. Odstąpiono od zabrania maszyny.

  Mieszkańcy Frączek i nowo przybyli zaczęli organizować się i odstraszać szabrowników i złodziei. W jednym przypadku było tak, że udało się ich odstraszyć, ale kiedy wyjechali na drogę w stronę Gradek, ostrzelali wieś z broni maszynowej. Tym razem nikomu nic się nie stało. Szabrownicy wrócili kilka dni później. Zginął wtedy jeden z gospodarzy. Do Studzianki też, choć w mniejszej skali, przyjeżdżali szabrownicy i szukali „skarbów”. Często przy pomocy kawałków prętów lub grubego twardego drutu, który wbijano w ziemię. W ten sposób np. natrafiono na zakopaną skrzynię w pobliżu gospodarstwa położonego koło lasu przy drodze do Jesionowa.

  Wielu mieszkańców Studzianki i Frączek chowało wartościowe rzeczy, jak np. naczynia porcelanowe w specjalnych skrytkach lub w skrzyniach, które zakopywano w ziemi.  Często „skarby” zakopywano w oborach, stodołach itp. ze względu na zamarzniętą ziemię. Chowano nawet żywność w specjalnych słojach zalaną tłuszczem. Kopiąc kiedyś dół za stodołą znalazłem radio, po części już skorodowane. Jak opowiada p. Zofia, w 1946 roku, jechała ona do Radostowa z sąsiadami z Frączek, aby wziąć udział w referendum 3 x tak. Za Studzianką wyszło z lasu 3 mężczyzn ubranych w mundury wojska polskiego, z bronią. Zapytali, dokąd jadą. Odpowiedzieli, że głosować. Zdenerwowało ich to, a p. Zofia zaczęła żartować, ale nic nie wskórali. Jeden przystawił woźnicy do głowy broń, a drugi wziął konia za kantar i zawrócił w stronę Studzianki. Ze strachem wrócili z powrotem do domu. Ale i tak UB przesłuchiwało ich za to.

  Pierwsi po wojnie do Frączek i Studzianki zaczęli przyjeżdżać przesiedleńcy z centralnej Polski. Ci, którzy mieszkali bliżej granicy pruskiej przyjeżdżali wozami konnymi (furmankami). Potem repatrianci (kresowiacy) przeważnie z Wileńszczyzny. Najwięcej repatriantów przyjechało w 1946 roku pociągami do Dobrego Miasta i Olsztyna. Z Dobrego Miasta było niedaleko, więc dojechali na miejsce furmankami lub doszli na piechotę, jak np. chrzestna córka mojej babci, która nie miała miejsca na wozie. Idąc przyniosła na rękach jedenastomiesięcznego syna aż do Studzianki. Było też tak, że z Olsztyna przywożono repatriantów samochodami. Przyjechali też wtedy moi dziadkowie i mama, a ojciec dojechał z wojny. Po długiej przerwie ostatni repatrianci z dawnych kresów wschodnich przyjechali w 1957 roku. W okresie od kwietnia do lipca 1947 r przybyli przesiedleńcy z terenów Polski południowo- wschodniej w ramach Akcji Wisła. W czasie, gdy przybywali nowi mieszkańcy, było jeszcze dużo ludności miejscowej. Tak, ze często w jednym domu mieszkali Warmiacy i Polacy i musieli jakoś współżyć. Nie wszyscy Polacy odnosili się do miejscowych dobrze, bywało i tak, że zmuszali ich do pracy. Przybysze zajmujący gospodarstwa nie wiedzieli, gdzie jest ich pole i jaką powierzchnię zajmuje. Pewnego razu przyszła do dziadka gospodyni, która mieszkała wcześniej w jego gospodarstwie i została z niego usunięta. Dziadek poprosił ją, żeby pokazała pole, co też uczyniła. Na koniec poprosiła o mleko dla dzieci.

  Dziadek i babcia byli zadowoleni, że mają pole blisko domu, ale nie długo się cieszyli. Państwo wyznaczyło mierniczego (geodetę), który wszystkim gospodarzom wymierzył działki. I dziadkowie otrzymali pole górzyste po spalonym gospodarstwie, daleko od domu, obok gospodarstwa pozostała tylko łąka nad rzeczką Kirsną.

  Wsie Studzianka i Frączki były niemieckojęzyczne i znajdowały się tuż poza granicą wsi polskojęzycznych. Ale były w nich rodziny, w których przynajmniej jedna osoba znała język polski. Rodzin tych nie zmuszano do wyjazdu. Były przypadki, ze osoba znająca język polski prosiła, żeby jej nie wydawać, bo chciała wyjechać. Masowe wyjazdy do Niemiec były do końca lat 40-tych. Przy wyjeździe do Niemiec na prośbę zainteresowanych pomagał im mój dziadek, który woził ich na stację do Olsztyna. W zamian otrzymywał drobne rzeczy jak poduszka, pierzyna itp. Było raz tak, że wracając z Olsztyna do Studzianki pomylił drogę i pojechał w kierunku Dobrego Miasta. Spostrzegł się dopiero w Spręcowie, gdzie miejscowa Warmiaczka wytłumaczyła mu, jak ma dojechać do Tuławek. Stamtąd miał już blisko do Studzianki.

  Pozostało w Studziance kilka, a we Frączkach kilkanaście rodzin warmińskich. Duży odpływ tej ludności nastąpił w latach 70-tych. Obecnie w Studziance nie mieszkają już Warmiacy, we Frączkach mieszkają już tylko trzy rodziny Warmiaków. Były takie rodziny warmińskie, w których nie było mężczyzn, bo zginęli na wojnie. Kobiety dobrze sobie radziły, wykonując wszystkie prace w gospodarstwie. Przyjeżdżające rodziny osiedleńców były liczne. Młodzi zakładali już tu swoje rodziny i przyrost naturalny był duży.

  Życie po wojnie było ciężkie, brakowało wszystkiego, głównie żywności i zwierząt gospodarskich. Zwierzęta przywozili ze sobą repatrianci i przesiedleńcy, niektóre gospodarstwa dostały konie z UNRA. Dziadek przywiózł ze sobą konia, dwie krowy, dwie świnie, kury i psa. A ponadto wóz, pług, brony, kosę, cepy, kołowrotek do przędzenia wełny, krosna, żarna. Na początek to było dużo. Na tych żarnach babcia mieliła grykę, którą uprawiał dziadek. Pamiętam smak ugotowanej kaszy, w której wyczuwało się drobinki piasku. Wyjeżdżający Niemcy zostawiali meble- szafy, stoły, łóżka, krzesła, maszyny i narzędzia rolnicze. Korzystali potem z tego nowo osiedleni. U dziadka w domu były drewniane poniemieckie meble, a w stodole pozostały schowane pod słomą kierat i sieczkarnia. W tamtych czasach nie było specjalizacji w rolnictwie, każdy większy gospodarz chował konie, krowy, świnie, owce, drób. Były też psy i koty, bardzo potrzebne przy powojennej pladze myszy i szczurów. Wszyscy uprawiali zboże, kartofle, buraki, brukiew, a niektórzy jeszcze len czy konopie. Część płodów rolnych musieli przekazać państwu w ramach tzw obowiązkowych dostaw, które zniesiono dopiero w 1972 roku i wtedy ceny skupu zostały podwyższone. Gospodarz, który nie dostarczył płodów rolnych nie mógł zmielić w młynie zboża na własne potrzeby. Tak było z gospodarzem ze Studzianki, który udał się do młyna w Potrytach. Nie mając odpowiedniego poświadczenia wrócił do domu z niczym. Prace polowe wykonywano narzędziami i maszynami konnymi. Z braku maszyn niektóre prace wykonywano ręcznie- koszenie trawy, zboża, kopanie kartofli, prace pielęgnacyjne.

  Przy koszeniu kosą czy żniwiarką, kopaniu kartofli, omłotach, konieczna była pomoc sąsiedzka. Dziadek mój często wynajmował ludzi do pracy. Ponieważ był już w starszym wieku, nie był w stanie iść na odrobek i za pracę płacił. W pierwszych latach po wojnie miał też parobka – pracował u niego syn sąsiadów, pasł krowy oraz wykonywał różne inne prace w gospodarstwie.

  Większość prac polowych wykonywali mężczyźni, szczególnie te, gdzie trzeba było powozić końmi lub obsługiwać maszyny. Zimą trudnili się karmieniem zwierząt, przygotowaniem opału i innym pracami. Kobiety, na które mówiono gospodyni wiejska, były też zajęte pracą przez cały rok. Latem pracowały w polu i w domu, zimą tylko w domu. Wychowywały dzieci. Niemowlęta kołysano w drewnianych kołyskach na półokrągłych płozach. Kobiety zajmowały się gotowaniem, sprzątaniem, praniem, które odbywało się w metalowych lub drewnianych wannach na tarach przy użyciu szarego mydła. W latach 60-tych pojawiły się pralki wirowe „Franie”. Na wieś była tylko jedna taka pralka, gospodynie ją sobie wypożyczały Po praniu maglowały ręcznie pościel za pomocą wałka i deski z rowkami oraz prasowały koszule żelazkami na żar z pieca. Do obowiązków gospodyń należało pieczenie chleba, bułek, robienie konfitur, kiszenie kapusty i ogórków. Do gotowania używano żeliwnych garnków, a do różnych prac domowych- polewanych kamionkowych Po odwirowaniu mleka na wirówkach wyrabiały śmietanę, twaróg, masło.

  Zimą, przeważnie przed Bożym Narodzeniem, było świniobicie. Mięso solono, przyprawiano i pozostawiano na jakiś czas w drewnianych nieckach, wyżłobionych w grubym pniu drzewa. Potem wędzono szynki i słoninę. Kiełbasę , kaszankę czy wątrobiankę wyrabiano na świeżo. Ubój nie był możliwy latem, ponieważ nie było lodówek.

  Większość gospodarzy chowała owce i gospodynie całą zimę miały zajęcie. Przędły wełnę, robiły z niej potem na drutach rękawice, swetry, skarpetki. Niektórzy uprawiali len i konopie. Wtedy gospodynie, tak jak moja babcia, tkały na krosnach chodniki i samodziały, z których potem szyto ubrania. Niektórzy mieszkańcy Studzianki i Frączek uprawiali dodatkowo inne zawody- krawiectwo, kowalstwo, szewstwo. W Radostowie był krawiec, który szył kożuchy, a w Lekitach garbarz, który wyprawiał skóry. Wszyscy oni mieli zajęcie, dlatego, że dużo ludzi szyło ubrania na wymiar, chodziło zimą w kożuchach, naprawiało buty. Kowal miał pracę przy kuciu koni i naprawie narzędzi rolniczych.

  Pomimo że gospodarze byli pod względem żywności samowystarczalni, powstawały po wojnie pierwsze sklepy. W Studziance prowadzili je mieszkańcy w prywatnych domach - kolejno w sześciu. Przez jakiś czas sklep był w jednym budynku razem ze zlewnią mleka, a obecnie jest w byłej szkole. We Frączkach sklep był wcześniej bliżej kościoła, potem długi czas w budynku po gospodzie. W latach 60-tych GS wybudował nowy sklep. W sklepie zaopatrywano się głównie w cukier, sól, pieczywo, kiełbasę, smalec, śledzie solone w drewnianych beczkach, piwo- najpierw w beczkach, potem butelkowe, wino, oranżadę, słodycze. We Frączkach sprzedawano też zeszyty, przybory szkolne, rzeczy przydatne w gospodarstwie- gwoździe, uprząż, itp.

  Mieszkańcy Studzianki i Frączek pracowali na rzecz Lasów Państwowych w szkółkach przy sadzeniu drzewek, ręcznym korowaniu papierówki, a niektórzy przy zrywce drewna. Wielu było zatrudnionych jako robotnicy leśni. Praca w lesie była ciężka, szczególnie przy cięciu drewna piłą ręczną, zanim pojawiły się piły motorowe. Zrywkę początkowo wykonywano końmi. Po wojnie obowiązywał system nakazowy- gospodarze wozili z lasu kloce wozami konnymi ( rozsuwano wóz na długość kloca) do tartaku w Wipsowie lub na składnicę do Dobrego Miasta czy Barczewa. Prace te wykonywano także zimą i wówczas do transportu używano składających się z dwóch części sań, które nazywano zajdki. Raz takie sanie zacięły się akurat na przejeździe kolejowym w Wipsowie i spadł z nich kloc. Dróżnik w ostatniej chwili zatrzymał nadjeżdżający pociąg. Później drewno transportowano ciągnikami Ursus -C45, a w późniejszych czasach samochodami Tatra i Praga. Frączki i Studzianka należą do Nadleśnictwa Wipsowo. Tuż po wojnie należały do Leśnictwa Gradki. Leśniczówka, dawno już nie istniejąca, znajdowała się na terenie Plutek. Do zabudowań leśniczówki doprowadzony był telefon. Leśniczym w owym czasie był pan Chechłowski, a w Dąbrówce pan Napierski.

  Mój ojciec, Jan Mackun, po ukończeniu Szkoły Leśników w Wichrowie pracował w tym czasie jako podleśniczy i mieszkał w leśniczówce w Studziance. Na początku lat 60-tych Studzianka i Frączki przeszły do Leśnictwa Radostowo i tak jest do dziś, a Leśnictwo w Dąbrówce i Gradkach (już nieistniejące) do Nadleśnictwa Kudypy. W tych czasach leśniczym w Radostowie był pan Sawicki, a po nim pan Mikołajewski.

Budownictwo i infrastruktura

  Większość domów we Frączkach i Studziance została wybudowana na przełomie XIX i XX w, ale są też domy starsze i nowsze. Kilka z nich wybudowano z dobrej cegły wyprodukowanej w cegielni w Studziance. Mieszkalnych domów drewnianych w tych wsiach po wojnie się nie spotykało, a w pobliskim Lamkowie były takie trzy. Trafiały się domy murowane kryte trzciną, jak np. leśniczówka w Studziance, którą później pokryto dachówką. Z drewna budowano stodoły, ale domy i obory z cegły. Było też dużo małych zabudowań pod jednym dachem jak dom, obora, stodoła.

Studzianka

  Przed wojną wieś nosiła nazwę Wonnenberg, co w przekładzie znaczy Rozkoszne Wzgórze. Na przełomie XIX i XX w. Studziankę strawił pożar, pozostały tylko domy na wyjeździe ze wsi do Radostowa. W latach 70 i 80-tych wiele domów rozebrano, między innymi połączony z budynkami gospodarczymi dom z muru pruskiego, w miejscu którego wybudowano nowy dom. Dom obok, w którym mieszkałem do 1971 r, a w którym niegdyś była gospoda, zbudowany był w XIX w z niewypalonej cegły, cały otynkowany. Miał okiennice, posiadał oświetlone latarnią wejście z masywnymi drzwiami od ulicy dla gości. Było też wejście ze schodami od podwórza. Wchodząc od ulicy na prawo była sala dla gości, a do następnego pokoju prowadziło dwoje oszklonych drzwi (z małymi szybkami) i był duży otwór w ścianie na ladę.  Dom posiadał dwie piwnice – pod częścią mieszkalną i pod częścią dla gości. Do 1971 roku zachowała się lada, poniemieckie meble i obrazy, które wisiały na ścianach. Na strychu też do tego czasu stały metalowe transportery z pustymi butelkami, a pod ścianą leżały zdjęte wcześniej szyldy. Kiedy mój dziadek przeszedł na emeryturę, przekazał dom skarbowi państwa. Obecnie w miejscu tego domu znajduje się przystanek PKS. Naprzeciwko gospody na zboczu i na górce rósł lasek. Środkiem zbocza prowadziło przejście, a po obydwu jego stronach znajdowały się tarasy, na których można było biesiadować. Na środku na górce zbudowano podłogę do tańczenia. Wszystko ładnie obsadzono drzewami. Jeszcze po wojnie urządzano tam tańce. Obecnie lasek jest wycięty, rosną tam tylko samosiewy. Obok lasku, za czasów niemieckich, mieszkał nauczyciel w małym domu zbudowanym z cegły pochodzącej z miejscowej cegielni. Po wojnie była w tym domu zlewnia mleka, w po drugiej stronie budynku przez pewien czas był sklep. Mieszali tam też z przerwami ludzie. Obecnie jest to tylko dom mieszkalny. Budynki gospodarcze należące do tego domu spaliły się na początku lat 50-tych od wyniesionego popiołu z żarem, zaś piękny sad został zdewastowany. Najważniejszym obiektem w Studziance była cegielnia, w której produkowano cegłę z miejscowej gliny. Po wojnie już jej nie uruchomiono, chociaż takie próby w latach 50-tych były. Do lat 60-tych stał jeszcze metalowy wiatrak, który przewrócił się w czasie wichury. Kilka lat dłużej stał komin. Piętrowy budynek mieszkalny, w którym, jak głosił napis, mieściło się też biuro cegielni, rozebrano w latach 80-tych. Cegielnia była jedynym miejscem we wsi, zaopatrywanym w prąd z własnego wiatraka- cała wieś została zelektryfikowana pod koniec lat pięćdziesiątych. Była też dla wielu pracowników źródłem utrzymania siebie i rodzin. We wsi było dużo małych gospodarstw, wszyscy ich mieszkańcy pracowali w cegielni.

  Na środku wsi w dość okazałym budynku znajdowała się szkoła z dwiema salami lekcyjnymi i mieszkaniem nauczyciela. Od 1977 roku mieści się w nim sklep i świetlica wiejska. Za czasów niemieckich był w  Studziance mały sklep spożywczy z artykułami pierwszej potrzeby, jak np. cukier, sól itp. Sklep ten mieścił się w budynku po lewej stronie drogi, przy wjeździe do wsi od strony Frączek. Wejście do sklepu znajdowało się w szczycie od strony drogi. Jak w każdej większej wsi w tamtych czasach w Studziance też był krawiec i kowal. Krawiec mieszkał w następnym budynku za sklepem. Kuźnia zaś znajdowała się za wsią, w stronę Radostowa, tuż za skrzyżowaniem w kierunku Derca. Było to małe gospodarstwo, w którym dom był pokryty słomą. Po wojnie krawiec mieszkał w drugim budynku za szkołą, po prawej stronie drogi w kierunku Orzechowa. Też w tym kierunku, daleko za wsią, tuż przed lasem (koło drogi) znajdowała się kuźnia. Obydwa zabudowania już nie istnieją.  We wsi stoją trzy murowane kapliczki. Jedna z dzwonem z 1905 r w centrum, druga przy drodze do Frączek, a trzecia w kierunku Radostowa. Przy kapliczce w centrum wsi odprawiane są nabożeństwa majowe.

  W 1950 roku jeden z repatriantów wybudował nieistniejącą już łaźnię z bali drewnianych, na wzór kresowej. Korzystała z niej część mieszańców, ja również. Przed wojną do wsi doprowadzona była linia telefoniczna, która dalej biegła do Orzechowa i Radostowa. Telefon był na cegielni i w gospodzie. Linia po wojnie została zlikwidowana, ale do końca istnienia budynku gospody zachowała się instalacja wewnątrz i na zewnątrz domu. Dopiero w latach 60-tych założono znowu we wsi telefon. Cegielnia, gospoda i kilka dużych gospodarstw miało doprowadzoną rurami metalowymi wodę z własnych studni. Przez wieś biegła wybrukowana kocimi łbami droga, ale drogi prowadzące do sąsiednich wsi nie były utwardzone. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych mieszkańcy Studzianki i Radostowa w ramach tzw. szarwarku na odcinek drogi między tymi wsiami nawieźli na pobocza kamieni. W połowie lat 60-tych ułożono z nich bruk od strony jednej i drugiej wsi, ale środek drogi pozostał nadal nieutwardzony. W 2008 roku położono asfalt pomiędzy Studzianką i Frączkami oraz na połowie drogi przez Studziankę.

  Tuż za wsią na północ, ma swe źródła rzeczka Kirsna. Przez środek wsi płynie ona szeroką dreną, a na końcu wsi wypływa w stronę Orzechowa. Dalej płynie przez Las Wichrowski i wpada do Łyny. Obecnie wieś posiada o 1/3 zabudowań mniej niż kiedyś. W samym tylko centrum rozebrano 10 domów. Znaczna część gospodarstw szczególnie na północ i na wschód od wsi została zlikwidowana. Są to tereny górzyste i uprawa zmechanizowana ziemi nie jest tam możliwa, zostały więc zalesione.

Frączki

  Przed wojną wieś nosiła nazwę Fleming, od nazwiska biskupa Fleminga, który lokował wieś. Z widocznym z daleka położonym na wzgórzu neogotyckim kościołem, Frączki są obecnie o wiele większe od Studzianki, a przed wojną obydwie wsie były podobnej wielkości.

  Największym obiektem we Frączkach był młyn z tartakiem. Obecnie znajduje się tam spółdzielnia produkcyjna. W tartaku i młynie miało zatrudnienie wielu mieszkańców wsi, a w czasie wojny pracowali tam jeńcy i robotnicy przymusowi. Z młyna też wieś czerpała prąd za pośrednictwem akumulatorów, które ładowano na miejscu (elektryfikacja po wojnie nastąpiła dopiero na początku lat 60-tych).  Prąd ten służył tylko do zasilania żarówek, którymi były oświetlane prawdopodobnie wszystkie domy we wsi, a na pewno oświetlano wszystkie obiekty, jak kościół, młyn, gospody itd. W nich był też telefon (po wojnie telefony założono dopiero w połowie lat 60-tych).

  Tartak i młyn były napędzane za pomocą maszyny parowej. Spalała ona węgiel i wytwarzała parę z wody, służącą do napędu. Maszynę tę obsługiwał niewolnik z Polski. Węgiel dowożono ciągnikiem (Lanz Bulldog) z przyczepą z pobliskich Jezioran. Garaż na ciągnik znajdował się po drugiej stronie szosy naprzeciwko przystanku, obok stawu. Jak wcześniej zaznaczyłem, po zakończeniu działań wojennych wyposażenie młyna i tartak zostały wywiezione. Wkrótce pozostałe mury rozebrano przy pomocy mieszkańców wsi, którzy za tę pracę otrzymali niewielką zapłatę. Cegły wywieziono do Olsztyna. Pozostałą część muru z fundamentami wyburzyli dopiero w 1980r pracownicy nowopowstałej spółdzielni produkcyjnej. Tartak powrócił na to miejsce w latach 60-tych, ale był to tartak nowo zakupiony przez właściciela tego terenu i znajdował się na tym miejscu przez prawie 20 lat. Właściciel tartaku przed wyjazdem do Niemiec odsprzedał go mieszkańcowi Frączek, ten przeniósł go na swoją posesję na koniec wsi w kierunku Derca. Obecnie tartak jest całkowicie zdewastowany. Młyn z tartakiem znajdował się za przystankiem PKS bardziej w głębi posesji, koło stawu. Na prawo od młyna, przed dzisiejszym warsztatem stały chlewy, zaś na wysokości warsztatów magazyny. Z tyłu za przystankiem, bardziej na prawo w budynku z czerwonej cegły  mieściło się  biuro młyna. Ważnym obiektem dla istnienia młyna i tartaku był duży jednopiętrowy dom, który stał za cmentarzem kościelnym, przy drodze szutrowej. Mieszkali w nim pracownicy młyna. W 2011r. dom ten spłonął. Obecnie na tym miejscu stoi nowy dom o innym kształcie.

  Na lewo od miejsca, gdzie jest teraz przystanek PKS, wzdłuż rowu, szczytem do drogi stał duży piętrowy budynek z doprowadzoną wodą oraz centralnym ogrzewaniem. Były w nim duże ładnie pomalowane pokoje do wynajęcia. Mieściło się w nim przedszkole oraz gabinet lekarza – dentysty. W budynku tym mieszkał właściciel młyna. Po wojnie organizowano w nim tańce. Na parterze do czasu rozbiórki, której dokonano na przełomie 1950- 60, znajdowała się zlewnia mleka. Z cegieł z ich rozbiórki prawdopodobnie wybudowano w Olsztynie dwa domy jednorodzinne. Potem obok kapliczki z 1819r wybudowano nową zlewnię- w stronę Gradek, którą niedawno adoptowano na dom mieszkalny.

  Frączki nie były zbyt dużą wsią. Jednak znajdowały się w niej dwie gospody: jedna w środku wsi – naprzeciwko drogi do Radost (w której obecnie mieszkam), a druga na końcu wsi, po lewej stronie drogi w kierunku Studzianki. Obie te gospody mieściły się w dość okazałych budynkach, które posiadały duże piwnice, były zaopatrzone w wodę, prąd i telefon. W obu też budynkach mieszkali właściciele z rodzinami. Można było w nich coś zjeść, wypić np. piwo, pograć w karty oraz zrobić zakupy. Gospoda, która mieściła się w środku wsi była większa, otynkowana, miała większe zaplecze. Wchodziło się do niej głównym wejściem od ulicy, na prawo był sklep z częściami do narzędzi rolniczych jak np. lemiesze. Dalej szło się do pomieszczenia,  gdzie można było wypić, zjeść i pograć w karty, obok znajdowała się kuchnia. Część pomieszczeń od zachodniej strony znajdowało się w przybudówce, która uległa zniszczeniu w połowie lat 60-tych i została rozebrana. Po lewej stronie budynku, od strony południowej, też była przybudówka, a w niej urządzono salę, w której odbywały się potańcówki i różne inne imprezy. Krótko po wojnie przybudówkę rozebrano. Po prawej stronie, od północy,  znajdowała się obora z wozownią na bryczki. Wjazd na posesję prowadził od strony teraźniejszego sklepu, a wyjazd koło gospody. Na wysokości sklepu stała stodoła. Z tyłu za nią zorganizowano spęd zwierząt hodowlanych jak świnie, bydło itp. Na spęd wjeżdżało się koło rowu. Gospodę od strony Studzianki wybudowano z czerwonej cegły (do dziś ten budynek jest nieotynkowany). Główne wejście do gospody prowadziło od ulicy, natomiast od szczytu, od północnej strony małym wejściem wchodziło się do sklepiku, gdzie można było zaopatrzyć się w naftę, smary, pastę itp. Od szczytu ze strony południowej stała przybudówka na beczki od piwa. Między przedostatnim domem a gospodą znajdowała się drewniana rampa, na którą gospodarze dostarczali mleko w bańkach. Bańki były odpowiednio znaczone żeby nie zginęły. Mleko samochodem wożono do Jezioran. Naprzeciwko gospody, po drugiej stronie szosy, wybudowano drewniane wozownie na 5 bryczek oraz garaż murowany na samochód. Tuż obok, w stronę wsi, było gospodarstwo, w którym mieszkał mój rozmówca. Gospodarstwo to przeszło różne koleje losu. Po domu z czerwonej cegły pozostała tylko część muru ze szczytu z inicjałami budowniczych na kamiennym fundamencie (jak poniżej).

inicjały budowniczych na kamiennym fundamencie

  Stodoły też nie ma. Obok stoi nowa obora, a na miejscu gdzie stała stara wybudowano świniarnię, którą z kolei zaadaptowano na budynek mieszkalny.

  We wsi poza gospodami były jeszcze dwa sklepy. Jeden z materiałami (tuż przed kościołem, obok cmentarza), w budynku tym po wojnie mieszkała krawcowa. Za czasów niemieckich mieszkała ona w dużym domu na piętrze, po drugiej stronie szosy, w którym był sklep spożywczy. Krótko po wojnie też w tym miejscu był taki sklep, następnie przeniesiono go do budynku po byłej gospodzie. W 1966r. obiekt ten wyremontowano i oddano na potrzeby szkoły, zaś sklep wybudowano obok. Po powstaniu spółdzielni produkcyjnej w październiku 1979r, dom piętrowy po sklepie spożywczym został zaadaptowany na mieszkania dla pracowników. Dobudowano do szczytu jeszcze drugi takiej samej wielkości budynek mieszkalny, w którym mieści się obecnie też mały sklep spożywczy. Warsztaty i magazyny na terenie, gdzie był młyn też wybudowano od podstaw. Spółdzielnia uprawia ziemię na ternie Frączek i Gradek, posiada też chlewnię w Gradkach, która została zaadaptowana prawdopodobnie ze stajni po byłym poniemieckim majątku ziemskim. Majątek ten zbankrutował długo przed wojną.

  Za czasów niemieckich we Frączkach, w porównaniu ze Studzianką dużo mieszkańców uprawiało rzemiosło i inne nierolnicze zawody. Były we wsi aż dwie kuźnie, w których kuto konie, naprawiono maszyny i narzędzia rolnicze. Pierwsza kuźnia znajdowała się przed ostatnim zabudowaniem przy wyjeździe do Gradek  na lewo, w głębi (na górce za drogą szutrową). Pozostała po niej tylko część muru z czerwonej cegły. Obok kuźni przy szosie (na wzniesieniu) był zakład rymarski, gdzie głównie szyto uprzęż dla koni. Po tym zakładzie pozostały tylko fundamenty. Druga kuźnia znajdowała się przed szkołą, naprzeciwko kapliczki z 1819r. Po wojnie była w niej remiza strażacka, a obecnie jest obora. Przez pewien czas po wojnie kuźnia stałą za wsią w kierunku Studzianki, po lewej stronie drogi. Między kuźnią a szkołą, w głębi stojącego domu pracowała masarnia, w której sprzedawano mięso i wędliny. Tuż za masarnią, od szczytu szkoły, blisko rowu, stały małe, łączone zabudowania (dom i chlew) – był tam szewc. Jakiś czas po wojnie zabudowania te służyły szkole do gromadzenia opału na zimę. Z chwilą zainstalowania w szkole kotłowni na olej opałowy stały się one niepotrzebne, więc je rozebrano.

  Naprzeciw obecnego sklepu we Frączkach, który wybudowano w połowie lat 60-tych, była poczta (budynek już nie istnieje), która działała aż do wkroczenia Rosjan. Pracował tam jeden z mieszkańców Studzianki, którego z tego powodu nie wzięto na wojnę. Rosjanie kazali pędzić mu na wschód krowy i już nie wrócił. Przed wojną we Frączkach były aż dwie stolarnie: jedna obok poczty (budynek już nie istnieje), druga w ostatnich zabudowaniach po lewej stronie drugi w kierunku Gradek. Stolarze wykonywali z drewna drzwi, okna, trumny itp. Naprzeciwko kościoła, za budynkiem obecnego Stowarzyszenia „Nasza Wieś” był warsztat hydrauliczno – elektryczny.

  W środku wsi naprzeciwko gospody stał obelisk poświęcony ofiarom I wojny światowej. Obecnie na pozostałym po nim postumencie znajduje się kamień upamiętniający 650-lecie założenia Frączek. Obok stoi kamienny drogowskaz z nazwami miejscowości w języku niemieckim. Na granicy Frączek i Derca leży kamień graniczny z napisem Grence Fleming, drugi znajduje się za cmentarzem między Frączkami i Jesionowem z napisem Kreis Rőβel i Kreis Heilsberg, oznaczając granicę powiatów reszelskiego i lidzbarskiego.

  Od strony Gradek i Derca szosę utwardzono tłuczniem, przez wieś droga była wybrukowana. Asfalt w kierunku Olsztyna położono na początku lat sześćdziesiątych, a w kierunku Jezioran 10 lat później. Do innych sąsiednich miejscowości- poza Studzianką, obecnie prowadzą drogi nie utwardzone. Strumyk, który przepływa przez Frączki, płynie dalej przez Radosty, Szynowo, Barczewko i wpada do jeziora Wadąg jako rzeczka Orzechówka.

Zwyczaje i kultura

  Czas powojenny jest mi znany w dużej części z własnych obserwacji i doświadczeń. Po wojnie miały miejsce duże migracje ludności. Kiedy później nastąpiła względna stabilizacja, miejscowej ludności, czyli Warmiaków, pozostało niewiele. Napłynęli repatrianci i przesiedleńcy z centralnej Polski i z Akcji Wisła. Mieszkańcy różnili się szczególnie językowo. Warmiacy mówili przeważnie po niemiecku, a starsi gwarą warmińską. Wśród repatriantów słychać było najczęściej gwarę wileńską i język polski. Każdy był przeważnie „dwujęzyczny” i oprócz polskiego posługiwał się jeszcze białoruskim, nazywanym „prostym” lub ukraińskim, nazywanym „chachłockim”, a trafiały się też pojedyncze osoby mówiące po litewsku. Mój dziadek znał język rosyjski, dobrze mówił po białorusku i trochę po niemiecku, bo się nauczył w niewoli oraz znał w mowie i w piśmie język polski, którego nauczył się potajemnie. Dziadek mieszkał w czasie zaborów we wsi Stary Międzyrzecz blisko Trok. Chodził do szkoły rosyjskiej, a nauka języka polskiego była zabroniona. Młodzież schodziła się do jednego domu, na obu końcach wsi stawiano czujki i odbywała się nauka języka polskiego z książeczek do nabożeństwa.

  Przesiedleńcy z Akcji Wisła często mówili w domach po ukraińsku, znali też język polski, zaciągając gwarą lwowską. Była też część Polaków, która na przymusowych robotach nauczyła się języka niemieckiego, co bardzo się przydało w porozumiewaniu się z miejscowymi. Zdarzało się też, że nowo przybyli bardzo słabo znali język polski, a ci z centralnej Polski posługiwali się różnymi gwarami. Na pierwszym miejscu była gwara kurpiowska. Nie było tu po wojnie człowieka, który by w 100 % poprawnie mówił po polsku. Ponieważ w niektórych domach nie mówiło się po polsku, tylko gwarą, aż do lat 70-tych zdarzało się, ze dzieci miały w szkole problem z językiem polskim. Przy okazji gościn i różnych uroczystości rodzinnych śpiewano w domach nie tylko po polsku, ale też po białorusku, ukraińsku czy niemiecku. W 1973 roku na chrzcinach mojej starszej córki śpiewaliśmy po polsku, ale na prośbę gości dziadek zaśpiewał po białorusku. Mieszkałem z dziadkiem i babcią i przez długie lata słyszałem gwarę wileńska, ale również inne gwary i języki. Kiedyś zapytałem dziadka, czemu inni ludzie mówią inaczej niż my. Dziadek odpowiedział: nie ważne, jak kto plaska językiem i skąd kto przyjechawszy, czy tutejszy. Samo ważne, żeb to był okuratny człowiek.

  Starsi ludzie po wojnie żyli wspomnieniami. Dziadek i babcia nie przyzwyczaili się do nowego miejsca, zżerała ich tęsknota za stronami ojczystymi, które musieli opuścić. Wieczorami opowiadali i wspominali, jak dawniej było, ja to wszystko mimo woli słyszałem. Dziadek towarzyszył pogrzebom, śpiewając z kantyczek (śpiewniki) pieśni pogrzebowe, prowadził nabożeństwa majowe w Studziance do lat 60-tych, śpiewał w kościele i na procesjach. W naszym domu przed Wielkanocą odbywało się świecenie pokarmów dla całej wsi.

  Z jakich stron pochodził gospodarz, który jechał wozem, można było z daleka rozpoznać. W skład uprzęży zawsze wchodził chomąt, ale i chomąta się różniły. Te kresowiaków były nie upiększone, a te z centralnej Polski miały u góry dekorację na kształt korony. Ponadto gospodarz z kresów miał tzw. duchę w kształcie pałąka, która spinała chołoble (dyszołki). Na grzbiecie koń miał „podsiedziołek”, zapinany pod brzuchem. Z biegiem czasu uprząż końska zmieniła się i wszyscy mieli jednakową. Były to czasy, kiedy wozy miały koła drewniane, okute stalowymi obręczami. W latach 60-tych zaczęły się pojawiać wozy na kołach gumowych, które produkowano w Ornecie. A do zwózki siana czy zboża coraz częściej nie używano drabin tylko tzw. platformy.

  Warmiacy na ogół lubili czystość, ład i porządek. Wszystko w gospodarstwie miało swoje miejsce. Domy wewnątrz były zadbane, w kuchni wisiały pojemniki z napisami: cukier, sól. Obiady gotowali zwykle dwudaniowe, w progu domu zmieniali buty na drewniane chodaki, na które mówili kłumpie.

  W latach powojennych starsze kobiety nosiły duże chusty, długie spódnice, na nogach kamasze lub inne długie obuwie. Zimą zakładały kożuszki, futerka, a na nogi walonki, niektórzy mówili wojłoki. Były to długie buty ze zbitej wełny owczej z kaloszami. Nosiły je głównie kobiety. Później pojawiły się buty z naturalnej skóry na kożuszku. Mężczyźni nosili garnitury, na nogach kamasze, albo długie skórzane buty z cholewkami, tzw. oficerki. Mieli do nich specjalne wpuszczane spodnie. Zimą nosili przeważnie kożuchy, niekiedy długie płaszcze, ubrania z waty ( w środku wata, a po obu stronach materiał). A niektórzy kresowiacy mieli ubrania z materiału własnej roboty. Buty filcowe, które wtedy noszono, pokryte były naturalną skórą. Zawsze obowiązkowo latem i zimą noszono nakrycie głowy w postaci czapki, rzadziej kapelusza. Zimowe czapki były zapinane pod brodą. Swetry, skarpety, rękawice, które nosili mężczyźni i kobiety, robione były własnoręcznie z owczej wełny. Takie ubiory noszono przeważnie przy okazji niedziel i różnych innych uroczystości. Na co dzień na ogół nie dbano o wygląd.

Widziało się dużą różnorodność, nie tylko językową i kulturową, ale także związaną ze zwyczajami i obrzędowością religijną i rodzinną. Szczególnie różnice było widać w okresie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Grekokatolicy i prawosławni obchodzą je w innym czasie. Warmiacy na przykład nie dzielili się opłatkiem na Wigilię oraz nie święcili pokarmów na Wielkanoc. Różnice też występowały w przygotowaniu stołu wigilijnego oraz rodzajach pokarmów podawanych na Wigilię, np. u Wileńszczaków kładło się siano na stół pod obrus, była też potrawa podawana tylko na Wigilię, a mianowicie tzw. „śliżyki” (były to pieczone kuleczki zwykłego ciasta, zalewane słodzoną wodą z makiem).

U wszystkich jednak wspólne było to, że w domach stały choinki i dzieci zawsze na Boże Narodzenie otrzymywały paczki ze słodyczami, chociaż dawniej bardzo skromne.

  Pomimo różnic językowych i kulturowych nie było sporów i waśni. Mieszkańcy szybko się integrowali. Przede wszystkim łączyła ich wspólna praca w rolnictwie. Przy żniwach, omłotach czy wykopkach potrzebna była pomoc sąsiedzka. Spotykano się też w niedzielę i z okazji innych świąt kościelnych. Organizowano wspólnie tańce i zabawy. Spotykano się w sklepie przy codziennych zakupach wypijano razem piwo, nieraz wino. Dobrym miejscem na pogadanie była też zlewnia mleka.

  Do początku lat sześćdziesiątych nie było prądu, korzystano więc z lamp naftowych. W zimowe wieczory trzeba było sobie zorganizować czas. Dużo wtedy czytano książek, prenumerowano gazety. Wszyscy czytali Gromadę Rolnik Polski. Dziadek mój otrzymywał też gazety rosyjskie, a niektórzy miejscowi niemieckie. Młodzież spotykała się w domach, grano w karty, warcaby, statki, fanty.

  Pierwsze radia, które pojawiły się we Fraczkach i Studziance, miały słuchawki i były na baterie, bo nie było jeszcze prądu. Słuchano nie tylko audycji z Polski, ale również w tajemnicy Wolnej Europy i Głosu Ameryki. W niedziele na falach krótkich słuchano polskiej mszy z Paryża albo Monachium. Co jakiś czas przyjeżdżało z Olsztyna kino objazdowe z agregatem prądotwórczym. Filmy wyświetlane były w szkołach, masowo przychodzili na nie mieszkańcy.

  Jak założono prąd, to przyjeżdżało kino z Radostowa..Wcześniej nastąpiło to w Studziance, gdzie schodzili się też mieszkańcy Frączek. Kiedy założono prąd we Frączkach, tam również raz w tygodniu przyjeżdżało to kino.

  W latach 50-tych była już w Studziance świetlica (obecnie jest to ostatni budynek we wsi po lewej stronie drogi w stronę Frączek), którą urządzono w budynku mieszkalnym o dwóch wejściach. Jedno z nich prowadziło do dużej sali ze sceną na podwyższeniu i biblioteczką w rogu. Drugą cześć budynku wykorzystano na klub RUCH, który istniał tu od początku lat 60-tych do 1971 r. W świetlicy znajdował się telewizor, który oglądała cała wieś, korzystając przy okazji z kawiarni. W każdą niedzielę odbywały się potańcówki przy akordeonie lub adapterze. Na potańcówki przychodziła do Studzianki również młodzież z Orzechowa i Frączek, czasem z innych miejscowości. Przynajmniej raz w roku był zabawa z bufetem.

  Aż do 1971 roku, kiedy to we Frączkach również otworzono klub RUCH, życie kulturalne skupiało się w Studziance. We Frączkach od razu był telewizor, organizowano też potańcówki. Od tamtej pory Studzianka zaczęła stopniowo podupadać.

Powojenne szkolnictwo


Frączki

  Zanim oddano do użytku obecną szkołę, wcześniejsza mieściła się naprzeciwko plebanii, po drugiej stronie szutrowej drogi. Do dziś stoi ten dość okazały budynek, którego urządzenie wnętrza (duże pokoje i korytarz), świadczy, że była w nim szkoła. Obecnie jest to dom mieszkalny. Przez pewien czas, do końca wojny, mieszkał w nim zegarmistrz, zaś po wojnie, przez krótki czas, malarz pokojowy. Kiedy rozpoczęto naukę w nowej szkole tego dokładnie nie wiadomo. Nowa szkoła wybudowana z czerwonej cegły jest czynna do dziś.

  Szkolnictwo po wojnie powstawało w trudnych warunkach. Szkoły we Frączkach i Studziance były zdewastowane. Miejscowi nie znali polskiego języka, a przyjezdni często nie umieli czytać i pisać. W klasach byli uczniowie w różnym wieku. Jeszcze na początku lat 60-tych na zajęciach dokształcających we Frączkach ukończyło szkołę podstawową około 100 osób. W budynku szkoły we Frączkach na parterze znajdowały się 4 sale lekcyjne, a poddasze przystosowane było do zamieszkania. Naukę rozpoczęto tu w 1946 r w zakresie 4 klas. Kierownikiem szkoły została pani Janina Sypek, która uczyła wraz z panią Zofią Dudzińską (odeszła w 1949r). W 1947 r było już 5 klas, w 1949-6, w 1951 szkoła była już 7 klasowa. W 1950 r dyrektorem na krótko został pan Jan Banach, który w 1951 r przeszedł do szkoły w Studziance. W 1950 r odeszła pani Sypek, a kierownikiem został pan Stanisław Chludziński, który pełnił tę funkcję do 1957 r. Po nim do stycznia 1961 r kierownikiem został pan Ryszard Ochendowski. Następny kierownik, to pan Kazimierz Fabisiak, który przybył do Frączek z Radost. Był on dyrektorem szkoły aż do 1991r, kiedy to przeszedł ma emeryturę. Innych nauczycieli nie sposób wymienić, było ich bardzo wielu. Najwięcej pracy w uporządkowanie szkoły włożył pan Fabisiak, szczególnie po otrzymaniu  w 1966r. drugiego budynku po dawnej gospodzie (później sklepie). Trzeba było teren odgruzować, ogrodzić, urządzić jeszcze dwie klasy, pracownię i dwa mieszkania dla nauczycieli. Z pomocą rodziców posesje zostały obsadzone żywopłotami. W drugim budynku uczyły się młodsze klasy i tak było aż do 2000 roku, kiedy został on w całości przeznaczony na mieszkania. Znaczącym jest fakt, że w latach siedemdziesiątych we Frączkach istniała przez 3 lata filia Technikum Rolniczego w Tuławkach. We Frączkach przez cały czas istnienia szkoły uczyły się w starszych klasach dzieci ze Studzianki, a od chwili zamknięcia szkoły w Studziance (1973r.) dowożone są wszystkie dzieci. Swego czasu uczyły się też tu starsze dzieci z Derca. Szkoła organizowała wycieczki do znanych miejsc w Polsce, wyjazdy do kina, do teatru, zimą kuligi. Co roku była choinka noworoczna z mikołajem, po której następowała zabawa dla uczniów i rodziców.

Studzianka

  Przez pierwsze lata po wojnie młodzież ze Studzianki chodziła do szkoły we Frączkach, albo do Radostowa, gdzie była siedmioklasówka. Uczniów w miarę możliwości dowożono furmankami lub zimą saniami. W szkole w Studziance były tylko 2 sale lekcyjne. Po wyremontowaniu budynku ze składek mieszkańców nauka rozpoczęła się we wrześniu 1948 roku. Pierwszym nauczycielem był pan Jan Krejszof , który mieszkał w budynku cegielni. Przybył on z Kurpiów. Po nim uczył pan Andrulewicz, który zamieszkał w Studziance. W 1951 r przyszedł pan Jan Banach z Frączek, a w 1952 r doszedł pan Stanisław Trocki. W tym czasie było już 6 oddziałów (wcześniej 4), potem w 1964 r znowu 4. W latach 1953/1954 uczyły panie Michalina Kilian i Salomea Krempa. Po nich w 1954/1955 pani Maria Woźniak, która mieszkała w Studziance. Przeszła ona do szkoły w Księżnie. Wówczas w latach 1955/56 w szkole uczyła pani Zyznowska, która na przemian mieszkała w Studziance bądź dochodziła z Radostowa. We wrześniu 1956 r zaczął uczyć pan Andrzej Polakowski. Pracował on do czerwca 1958 i przez cały okres swojej pracy dojeżdżał rowerem z Radostowa. W 1958 r przybył do Studzianki pan Gracjan Krzywicki, który początkowo uczył sam, a później z żoną Adelą. Mieszkali oni w szkole. Za czasów pana Krzywickiego z pomocą rodziców odgruzowano i uporządkowano teren wokół szkoły i ogrodzono siatką. Zakupiono radio i dużo różnych gier dla młodzieży i dzieci , które w wolnym czasie mogły posłuchać radia i pograć w szachy czy warcaby. Państwo Krzywiccy w marcu 1966 r przeszli do szkoły w Zawidach, a do czerwca uczyła młoda nauczycielka, której nazwiska nie znam. We wrześniu 1966 r rozpoczęła nauczanie w szkole pani Teresa Jakubiak, która wraz z mężem i dwójką dzieci zamieszkała w szkole. Uczyła ona aż do końca istnienia szkoły w 1973 r. Szkołę zlikwidowano ze względu na małą liczbę dzieci. Najwięcej ich było pod koniec lat 11 50-tych. Na 5 klas ich liczba wahała się między 50 a 60. Wszystkie dzieci z woli rodziców przeszły do szkoły we Frączkach. Tak samo jak we Frączkach szkoła w Studziance organizowała dla dzieci różne imprezy i wyjazdy, a także coroczną choinkę z zabawą dla dzieci i dorosłych.

Z życia kościoła

  Samodzielna parafia we Frączkach powstała w 1905 r. Przez dłuższy czas proboszczem był ksiądz Alfons Boch, który został pochowany na cmentarzu przykościelnym. W czasie wojny było trzech księży. Pierwszym był Otto Wein, który objął opieką duszpasterską także jeńców wojennych i robotników przymusowych z Frączek i Studzianki. Odprawiał dla nich msze, zapraszał, żeby siadali do ławek. Był przychylny Polakom. Nie spodobało się to władzom i został wysiedlony do Niemiec. Latem 1945 r powrócił do Frączek, ale po półrocznym pobycie zdecydował się wyjechać do Niemiec. Jesienią 1945 p. Zofia z mieszkańcem Frączek zaniosła księdzu Weinowi mąkę. W dowód wdzięczności otrzymała mapę Polski z 1914 roku jego podpisem. Mapę ksiądz przeciął na dwie części. Jedną, na której są rodzinne strony p. Zofii dał jej, a drugą zostawił sobie. We Frączkach aż do końca 1945 roku były siostry katarzynki, które mieszkały naprzeciw kościoła. Po wojnie katarzynki udzieliły noclegu młodemu małżeństwu z dzieckiem. W nocy zaatakował dziecko szczur i pogryzł mu nos. Nadmieniam, że umiały one potrzebującym udzielić pomocy lekarskiej, a nawet niejednokrotnie leczyły chorych.

  Na przełomie lat 1945/46przybył do parafii ksiądz Edward Zemełka. Pod jego opieką znalazł się nie tylko kościół we Fraczkach, ale i w Podgórzu- obecnie Orzechowo. Ksiądz zamieszkał w Orzechowie i nie w każdą niedzielę był w stanie odprawić mszę we Frączkach. Wierni z Frączek i Studzianki chodzili więc też do kościoła w Orzechowie, Jesionowie czy Radostowie. Mieszkańcy Studzianki kupili u Niemki dużą bryczkę i wozili nią księdza z Orzechowa do Frączek. Czasem wieźli księdza przez Studziankę, jak szedłem z babcią do kościoła, a były miejsca, to nas zabierali ze sobą. Pamiętam, że jak ksiądz Zemełka głosił z ambony płomienne kazania, to ludzie płakali. Za jego czasów i dużo lat później były w Orzechowie siostry zakonne, które pomagały księdzu, uczyły religii, znały się też na medycynie, udzielały porad, robiły chorym zastrzyki. Lekcje religii odbywały się w Orzechowie w organistówce, czasem w kościele. Musieliśmy chodzić na religię 4 km. Później w połowie lat 50-tych siostry zakonne uczyły religii we Frączkach. Latem 1957 r przybył do Frączek ksiądz Zdzisław Kaliński i odrodziła się parafia, do której również należał kościół filialny w Jesionowie. Ksiądz zamieszkał na plebanii, gdzie mieszkał również kościelny pan Teofil Nast. z żoną. Początkowo ksiądz mieszkał na górze, a kościelny na dole, później kościelny się wyprowadził. Plebania była w złym stanie, przeciekał dach i wymagała szybkiego remontu. Przy pomocy parafian w latach 1957/58 ksiądz plebanię wyremontował. Później poczynił też niezbędne prace remontowe w kościele. W 1962 r za wsią, w kierunku Jesionowa, został założony nowy cmentarz, który ogrodzono siatką oraz posadzono na nim świerki i modrzew. Za księdza Kalińskiego do plebanii należały budynki gospodarcze w tym stodoła i obora rozebrana w 1967r. oraz ziemia, którą jako jedyny ksiądz po wojnie uprawiał z pomocą krewnych i parafian.

  Po wydarzeniach poznańskich zelżał ucisk polityczny i zezwolono na nauczanie religii w szkołach. Krótko w obydwu szkołach uczyła religii katechetka, po niej do 1962 r ksiądz Kaliński. W 1962 r zlikwidowano naukę religii w szkołach. Nowy proboszcz Zygfryd Liedman uczył początkowo dzieci i młodzież religii w kościele, a potem w salce na plebanii. Do Studzianki ksiądz dojeżdżał rowerem, a religii nauczał w domu mojego dziadka, Józefa Mackuna.

  W latach 1965-1974 proboszczem parafii we Frączkach był ksiądz Józef Sojka. Za tego księdza doszło do podziału ziemi kościelnej w wyniku nieporozumienia. Pod koniec listopada 1974 przybył do Frączek ksiądz Janusz Budyń. Kiedy 25 listopada przyszedłem na plebanię zamówić pogrzeb dziadka, to nie był jeszcze rozpakowany. Dużo dobrego działo się za jego czasów. Najważniejszą sprawą był kapitalny remont plebanii i kościoła w Jesionowie.

Zakończenie

  Chciałbym zaznaczyć, że wsie Studzianka i Frączki leżą na pograniczu aż 4 gmin: Dywity, Barczewo, Jeziorany i Dobre Miasto, co może utrudniać ich rozwój. Ta trudność przełamywana jest współpracą oddolną ich mieszkańców. Utworzono Społeczny Komitet Budowy Drogi, czego rezultatem jest zbudowanie asfaltowej drogi z Frączek do Studzianki, a w przyszłości z zamiarem do Radostowa. Staramy się również urzeczywistnić istnienie Warmińskiego Obszaru Turystycznego obejmującego Fraczki, Studziankę, Radostowo i Orzechowo. Chcemy wykorzystać krajobrazowy i przyrodniczy potencjał tego obszaru.


Zdjęcia nadesłane

Powiatowy zlot rowerowy Powiatowy zlot rowerowy
Powiatowy zlot rowerowy Powiatowy zlot rowerowy
Powiatowy zlot rowerowy Powiatowy zlot rowerowy
Powiatowy zlot rowerowy Powiatowy zlot rowerowy
Fragment dawnej warmińskiej zabudowy Fragment dawnej warmińskiej zabudowy
Fragment elewacji kościoła Fragment elewacji kościoła
Plebania we Frączkach Plebania we Frączkach
Fragment elewacji kościoła Fragment elewacji kościoła
XIX-wieczny cmentarz parafialny we Frączkach XIX-wieczny cmentarz parafialny we Frączkach
Kamień upamiętniający 650 lecie założenia wsi Kamień upamiętniający 650 lecie założenia wsi
Kapliczka w centrum wsi Kapliczka w centrum wsi
Kapliczka w centrum wsi Kapliczka w centrum wsi
Fragment dachu pokrytego dawną warmińską dachówką Fragment dachu pokrytego dawną warmińską dachówką
Sobótka we Frączkach Sobótka we Frączkach
Sobótka we Frączkach Sobótka we Frączkach